Mmm, I get high with a little help from my friends

Dzieło kultowe:

http://tvgry.pl/?ID=603

Batalia, Koniu i Doktor Czys dają rady w internetach. Jesteśmy zajebiści, rymuje się nam.

Ice ice baby



Odcieli mi internet do srodowego mam nadzieje odwolania. Odcielam wlosy na ksztalt "Natalie Portman spotyka Sinead O'Connor" na znak zaloby tez. Ale Kacik Kulinarny i tak przedstawia nawet z parszywego hotspota w Galerii Krakowskiej.

And I love it how you smell, with your Coco Mademoiselle

Czyli lista top 5 perfum, które mam, a mam 5.

5. Alejandro Sanz - Siete





Jakkolwiek nie wierzyć tu w guilty pleasures, mało kto wie, że znam na pamięć kilkadziesiąt krążków z hiszpańskim i kolumbijskim popem. Kilka z nich sygnuje Alejandro Sanz, którego ścierny timbre uchodzi w moich stronach za całkiem cholernie seksowny. Pił, palił i swawolił, by móc brzmieć szorstko, z opiłkami i zza kilkunastu warstw fortunnie zdrapanej tapety iron-off, darł się do zamrażalnika i nacierał się śniegiem i chilli, stroniąc jednocześnie od produktów mlecznych.
Toteż płynąc na laurach wydało mu się i własny zapach, który napotkany przeze mnie na półce hiszpańskiej drogerii ucieszył. Do testera ustawiła się kolejka napalonych na cokolwiek dziewcząt, acz pewna drobna blondynka zdeklasowała konkurencyjne groupies jednym antyantycypacyjnym ruchem: włożyła zafoliowany flakon Siete w ciemny koszyk a bez czekania na próbkę.
Doradczo-triumfalne spojrzenie w moją stronę i jej komentarz epokowy: "Sabes, no me importa lo como huele, solo quiero oler como Alejandro quisiera que huela". ("Wiesz, nieważne jak to pachnie - po prostu chcę pachnieć tak, jak Alejandro chce, żebym pachniała").
Podejście zmusiło i mnie do ciemnego zakupu - w gruncie rzeczy Siete jest dość okropne, że niby złożone wokół siedmiu nut (zupełnie jak wszystkie jego kawałki). Czasem zabijam nim insekty. Wciąż, warte anegdoty.

4. Cerruti - Image





Pełna obaw dostałam od mamy na gwiazdkę, na szczęście dość genialnie komponuje się z moją skórą (na innych zdarza się być WC Kaczką). Ubieram go do oficjalnej pracy, jest nieobraźliwie zdystansowany, biznesowy, acz potrafi naobiecywać. Ewokuje białe, sterylne ręczniki w spa i minimalistycznych masażystów. Dość przywódcza i modernistyczna autokreacja, lubię; do robienia interesów w grejpfrucie, brzozie i węglu.

3. Escada - Magnetism





Apeluje do mnie absolutnie każdy zapach Escady, cała marka to moja drużyna. Delikatesy, cukiernie i pozwalanie sobie. Magnetism zastąpił mi Givenchy Hot Couture (dyskontynuowane niestety) - mamy tu grzeszne maliny, watę cukrową i tymianek. Eat me.

2. Burberry - The Beat





Kiedy skończyło mi się moje prawdziwe #1, Burberry Brit, zakupiłam tymczasowo następcę, nie dla odmiany również dającego rady. The Beat pachnie czepkami w sympatyczne efly (różowy pieprz i herbata cejlońska), jak plaża w Brighton i kawałki The Kinks. Wierzcie w pop jak ksiądz w Boga.

?. Calvin Klein - Eternity





Bardzo trudno było mu do mnie dotrzeć. Z reguły nie toleruję naftaliniarskich linii z domów Chanel, Gucci i Calvina Kleina. Dojrzała jak na mnie zachcianka znalezienia klasycznego, powszechnie legendarnego, natychmiast rozpoznawalnego zapachu z lat 80./90. wiodła mnie zatem na torfowiska. Stworzona w 1988 r. Eternity, jak większość CK, odrzucała ostrą górną nutą i uniseksowością, i choć znałam zapach od lat z niesmakiem, psiknęłam w perfumerii z przymusu (bo wersję Moment flaguje Scarlett Johansson, przecież musiałam). Po 30 minutach odwracania się od siebie doznania zaczęły się eskalować w konwalie, goździki, talking sex. Rozwija się tam Kim Basinger, Mickey Rourke, Roxy Music, rozkmina z The Way You Make Me Feel. Targa mną, bo wciąż, podkreślam, "bardzo go nie lubię" i "jest nie w moim typie", ale jestem bezsilna wobec najntisowych historii tamże. Zaczyna od filmu klasy C w złym smaku i na VHS, ale co się dzieje później, gdy wkraczają polonistki, fioletowe latarnie, dżinsy do pasa, studzienki kanalizacyjne, trwała ondulacja i tabletki z peroksydem, pierwszy Batman. Miłość. Hardkor. I tracę rachubę ile procent.

Nice shoes.

Poszukując wewnątrz telefonu fot z dzisiejszego melanżu, uświadczyłam jedynie zdjęć butów. Setki. Bóg wie, o co mi chodziło.



If you didn't come to party, then why did you come here?

Melanż u Konia kontynuowany.


"Krzyczeli za mną: pokaż cycki!"


Pizza-Absolut Oli, ku powszechnym jękom i przewracaniu oczami.


Łukaszek przechadzając się niegdyś uliczkami Ugorka sądził, że lokalne wulce chcą skraść mu całusa lub serce, ale chodziło im tylko o Spiderland. Na pocieszenie kupiłam mu Freedom Force.


Eklektyzm ustrojowy po przebudzeniu na strychu.


Matti w kostiumie Metanapisu.

Eating blue Smarties cause she's rock'n'roll

Ze Smarties, dwóch łyżek cukru i słoika masła orzechowego (bo nic innego nie uświadczono) powstał mnml, z którym ochoczo pozował do zdjęć Szymon z sekcji rytmicznej znanego zespołu.





Batalia o wdowi grosz

Melanż u konia, pt. 1 of n (wciąż trwa).





Fot z wojażu ku Arielowi Pinkowi część II.

Merchandiser Carlos był takim bossem ("Ariel pozwala mi czasem pograć na Casio") i zdradził zacierającemu swe entrepreneurskie ręce Patrykowi, że popsuł się prysznic w hotelu i szukają schronienia i ciepłej strawy. Lodmaster Mróz jął zatem w swój urokliwy sposób naganiać cały zespół wraz z anturażem do noclegu razem z nami, co na szczęście się nie wyewokowało się.
A potem Ariel Pink niczym dobrotliwy imp przytulił mnie całkiem znienacka i tyle było.


Najlepsza pizzeria świata znaleziona w Skarżysku-Kamiennej w kontenerze z blachy falistej pełnym kapeluszy, luster, zdjęć Coltrane'a i losowych itemów. Ale Patryk i tak jest uczulony na pomidory.


Tajniacki wóz Mecha-trans MISIOREK śledził nas przez całą drogę i vice versa.


Śliczni kawalerowie z porcys.com, Transformers, jabłko.


Obok Rosenberga i jego ośmiościeżkowej Yamahy był także mąż Nite Jewel 10.0.


i osławiony dobrą sławą chiński perkusista też.


Graczyk mówi: "daj pieniążka".

In a van, with my friend, we slept in parking lots

Ostatni wypad do Warszawy jawi się doskonałymi rozkładówkami wewnątrz naszych nadchodzących płyt.





Za chwilę dalszy ciąg programu.

Pierwszy robot na Księżycu.

Where it's safe and sound and nobody asks me what's wrong


Artefakty pozostawione w kuchni przez mojego nowego współlokatora, Łukasza, który programuje w PHP i gra bluesa na lutniczym Fenderze, pakuje i rządzi też. Szkoda wychodzić.

Take me home, I know another place to be

Powrót wreszcie do Krakowa zastał mnie w stanie nienaruszonym od ostatniego tu melanżu.



Od lewej:
- generator haseł losowych
- "Every thousand years...", które na repeat szło z 19 razy pod rząd i wciąż było nam mało
- nożyczki Oli do folkowych wycinanek
- metafizyka wirtualnej rzeczywistości wyjęta z mojego księgozbioru, jak stała
- szminka Dior: Diorific, numer 002 Raspberry Pop.

I don't wanna go to bed now, I've got a reason

Czyli "Najładniejsze dziewczyny są w Myslo", jak słyszymy w zaśpiewie chórków Graftmanna. Off Festival wspomina się sam, choć mgliście i z zaświatów, bo nieletni chłód zagrzewaliśmy do walki z żywiołami alkoholem kupowanym za bony od Bono.

Ostrowski brzmiał osobliwie dojrzale i aposteriorycznie, czego nie doznaliśmy, a później jednak doznaliśmy, że przecież głos jak młody Ciechowski mu się przydarzył. TCIOF pojechał (jak na ubogi repertuar) po kultowej już introdukcji Tymona Tymańskiego: "E, jestem najebany i jest spoko, a przed Wami TCIOF w okrojonym składzie, bo Jacek wyjebał Borysa". Możdżer poganiał wódką chińskiego kontrabasistę. Karl Blau moim osobistym bossem - "bądźcie sobą i nie bądźcie fałszywi", intymny przekaz, szczery truskul, człowieku.


Redaktor "Porcys chuje" Konatowicz i redaktor Jędras zaznaczają 69 piosenek o miłości.


Spiritualized. Przede mną wydarzają się dwa ataki padaczki, bo zapomniały zamykać oczu.


Palenie bonów > palenie hajsu.

Good kids make bad grown ups

Co przypomina, że nigdy nie miałam lalek, tylko zielonego gumowego robota.



Zdjęcie nadesłane przez Princess Peach. Pasztety na lewo.

Godziny klikania w afekcie zaowocowały soczystym wyborem padającym na Sunroute Plaza Shinjuku:


Bo w samym centrum Shinjuku.


Bo mają fajne logo, tekstury i bump-mapping.


Bo będzie zajebiste lobby do rendez-vous z fanami.


I najważniejsze: bo w bundle'u są szlafroki i kapcie.


Właśnie dlatego.

(Wszystkie zdjęcia: internety)