Czyli moje top 3 reklamy z tegorocznego Super Bowl (XLIV):
3. Intel: Lunch Room
2. Doritos: House Rules
1. Google: How To Impress a French Girl
W tokijskim Kąciku Kulinarnym miejsce, na którym polegliśmy ślepo, pełne życzliwości nieznajomych. Bez znaczącego dla nas cokolwiek menu poprosiliśmy o "coś smacznego".
Kono yakitori wa oishii desu ne? - doznają wszem i wobec. Dla nas to samo.
Martin Lukansky spogląda na paznokcie, wydając dźwięki Mistrza Yody w antycypacji.
Przyniesiono nam yakitori, grillowane szaszłyczki z kurczaczka, marynowane w mirinie. 8.4 lekką ręką.

Godfrey Ho Mistrz. I Ty wspieraj swój szmateks z płytami DVD za zeta.
Acting like lovers 238 metrów nad Tokio.
Dzisiejszym kącikiem kulinarnym inauguruję nieregularny cykl niepublikowanych dotąd w internetach fot z Tokio.
Odcinek pierwszy: koreański grill.
W konsternacji, braku odwrotu, olabogach i rwaniu luźnych części odzieży i ciała nad menu, nie zauważyliśmy nawet, kiedy kelner podpalił grill jako zaproszenie do naszego zamówienia, które przyszło nam złożyć spośród zawrotnych przysmaków w rodzaju "Pig rectum" (świńska odbytnica). Wszystkie narządy świeżo dzisiejsze, ciepło zarżnięte.
Niewinne intro: bok kurczaka, celem gradacji hardkoru.
Od góry: krowia macica, świńska grasica.
Rozejrzawszy się, typy traktowały owe przysmaki niczym przysmaki, zakąskę do najebki, co napawało nasze postaci odwagą i właściwościami antyemetycznymi.
Krzysztof (szczypce) zabiera się ochoczo do grillowania, jego konika.
Dostawki. Ze zgorszeniem moje sterylne pobudki obserwowały przewracanie surowego i upieczonego mięsa tym samym narzędziem z pasożytami i włośnicą.
Batalia przełyka dumę i smakuje ochoczo.
Maciczka, przypieczona: wspominany rzewnie hit wieczoru.
Typy z przekąsem obserwowały, jak przewracamy świński żołądek (pierwszy z lewej). Daliśmy rady i wyczyściliśmy lokal z zapasów wnętrzności.
"Natasiu, ale jeszcze jedna zagadka!" - budził zaczepnie Krzysztof skacząc po łóżku każdej gorącej tokijskiej nocy, które to spędzaliśmy na łamigłówkach, rebusach, grach i zabawach logicznych, ważniejszych przecież od spania. Prawdziwy dżentelmen nigdy nie pozostawia zagadki nierozwiązanej i nigdy nie zdejmuje kapelusza. A zagadki kryją się pod każdą poduszką.
Professor Layton and Pandora's Box na Nintendo DS. Natasia poleca.
Czyli prezenty na drodze Natasia-Krzysztof i vice versa: Nintendo Game Boy i Super Nintendo Entertainment System zapakowane w dwie torby w bałwanki bez żadnej prekognicji czy narad. Bossy na nowy wiek.
Hey guys, it's Christmas time in Super Mario World!
Przyśpiewki z kolędnikami Sufjana, czepki w wesołe elfy, absolut i inne choinki, znane też jako moje święta wszechczasów. Czapka Mikołaja > czapka czarodzieja!
Od mojego zarania powiadałam, że 2003 był najlepszy i czeka nas tylko autostrada w dół i pożoga w 2012. Jednak ostatni kwartał 2009 przerastał razy kilka, przerósł i mnie. Mam na myśli dziejowość, anegdotę o "ile w plecy?". Taki rok okultystyczna mafia wymyśla przez dekady jako dzieło demonicznego życia.
Rekapitulacja 2009 zbiegła się z publicznym chceniem nawrotu Włóczęgostwa i Hardkoru (i Sucharów), który zniknął na kilka miesięcy z nadmiaru doznań, bo ileż można wielokropków i rozpizdu.
Zaczęło się od:
*tgs = Tokyo Game Show
W międzygalaktycznym wybuchu zgodziłam się już zanim się zgodziłam, i to ocaliło kosmos.
Absolut Tokio jest do podejrzenia tutaj, you know there's nothing more than this.
Przywiozłam sobie stamtąd Krzysztofa, który jest tak bardzo najlepszy, że nie wierzę. Kończy dyskusje o czarodziejach, słownikach, miłości, hardkorze, czy innych 100%. Nawet jeszcze nie zaczął, już nie mam jak wrócić.
Podsumowując suchym szkicem:
Zdjęcie roku: Krzysztof - taksówka w Tokio
Moment roku: randka w New York Bar na 52. piętrze Park Hyatt Hotel *****, Tokio


0:49 et al. Przebraliśmy się za milion dolarów i popijając szampana na szczycie wszystkiego zrobiliśmy dobrze wszystko to, czego Bob i Charlotte nie zrozumieli (w jakże błędnym i słabym, okazało się, filmie).
Album roku: Japandroids - Post-Nothing
Gra roku: Uncharted 2 - Among Thieves
Tylko dlatego, że nie grałam (jeszcze) w Batman: Arkham Asylum ani w Assassin's Creed 2.
Książka roku: David Levy - Love & Sex with Robots (The Evolution of Human-Robot Relationships)

Wyjątkowo nie zważając na datę wydania.
Wszystko wszystkiego: Krzysztof
To było 9.4/10, nie rok. Do następnego.

Odcieli mi internet do srodowego mam nadzieje odwolania. Odcielam wlosy na ksztalt "Natalie Portman spotyka Sinead O'Connor" na znak zaloby tez. Ale Kacik Kulinarny i tak przedstawia nawet z parszywego hotspota w Galerii Krakowskiej.
Czyli lista top 5 perfum, które mam, a mam 5.
5. Alejandro Sanz - Siete
Jakkolwiek nie wierzyć tu w guilty pleasures, mało kto wie, że znam na pamięć kilkadziesiąt krążków z hiszpańskim i kolumbijskim popem. Kilka z nich sygnuje Alejandro Sanz, którego ścierny timbre uchodzi w moich stronach za całkiem cholernie seksowny. Pił, palił i swawolił, by móc brzmieć szorstko, z opiłkami i zza kilkunastu warstw fortunnie zdrapanej tapety iron-off, darł się do zamrażalnika i nacierał się śniegiem i chilli, stroniąc jednocześnie od produktów mlecznych.
Toteż płynąc na laurach wydało mu się i własny zapach, który napotkany przeze mnie na półce hiszpańskiej drogerii ucieszył. Do testera ustawiła się kolejka napalonych na cokolwiek dziewcząt, acz pewna drobna blondynka zdeklasowała konkurencyjne groupies jednym antyantycypacyjnym ruchem: włożyła zafoliowany flakon Siete w ciemny koszyk a bez czekania na próbkę.
Doradczo-triumfalne spojrzenie w moją stronę i jej komentarz epokowy: "Sabes, no me importa lo como huele, solo quiero oler como Alejandro quisiera que huela". ("Wiesz, nieważne jak to pachnie - po prostu chcę pachnieć tak, jak Alejandro chce, żebym pachniała").
Podejście zmusiło i mnie do ciemnego zakupu - w gruncie rzeczy Siete jest dość okropne, że niby złożone wokół siedmiu nut (zupełnie jak wszystkie jego kawałki). Czasem zabijam nim insekty. Wciąż, warte anegdoty.
4. Cerruti - Image
Pełna obaw dostałam od mamy na gwiazdkę, na szczęście dość genialnie komponuje się z moją skórą (na innych zdarza się być WC Kaczką). Ubieram go do oficjalnej pracy, jest nieobraźliwie zdystansowany, biznesowy, acz potrafi naobiecywać. Ewokuje białe, sterylne ręczniki w spa i minimalistycznych masażystów. Dość przywódcza i modernistyczna autokreacja, lubię; do robienia interesów w grejpfrucie, brzozie i węglu.
3. Escada - Magnetism
Apeluje do mnie absolutnie każdy zapach Escady, cała marka to moja drużyna. Delikatesy, cukiernie i pozwalanie sobie. Magnetism zastąpił mi Givenchy Hot Couture (dyskontynuowane niestety) - mamy tu grzeszne maliny, watę cukrową i tymianek. Eat me.
2. Burberry - The Beat
Kiedy skończyło mi się moje prawdziwe #1, Burberry Brit, zakupiłam tymczasowo następcę, nie dla odmiany również dającego rady. The Beat pachnie czepkami w sympatyczne efly (różowy pieprz i herbata cejlońska), jak plaża w Brighton i kawałki The Kinks. Wierzcie w pop jak ksiądz w Boga.
?. Calvin Klein - Eternity
Bardzo trudno było mu do mnie dotrzeć. Z reguły nie toleruję naftaliniarskich linii z domów Chanel, Gucci i Calvina Kleina. Dojrzała jak na mnie zachcianka znalezienia klasycznego, powszechnie legendarnego, natychmiast rozpoznawalnego zapachu z lat 80./90. wiodła mnie zatem na torfowiska. Stworzona w 1988 r. Eternity, jak większość CK, odrzucała ostrą górną nutą i uniseksowością, i choć znałam zapach od lat z niesmakiem, psiknęłam w perfumerii z przymusu (bo wersję Moment flaguje Scarlett Johansson, przecież musiałam). Po 30 minutach odwracania się od siebie doznania zaczęły się eskalować w konwalie, goździki, talking sex. Rozwija się tam Kim Basinger, Mickey Rourke, Roxy Music, rozkmina z The Way You Make Me Feel. Targa mną, bo wciąż, podkreślam, "bardzo go nie lubię" i "jest nie w moim typie", ale jestem bezsilna wobec najntisowych historii tamże. Zaczyna od filmu klasy C w złym smaku i na VHS, ale co się dzieje później, gdy wkraczają polonistki, fioletowe latarnie, dżinsy do pasa, studzienki kanalizacyjne, trwała ondulacja i tabletki z peroksydem, pierwszy Batman. Miłość. Hardkor. I tracę rachubę ile procent.
Poszukując wewnątrz telefonu fot z dzisiejszego melanżu, uświadczyłam jedynie zdjęć butów. Setki. Bóg wie, o co mi chodziło.

Melanż u Konia kontynuowany.
"Krzyczeli za mną: pokaż cycki!"
Pizza-Absolut Oli, ku powszechnym jękom i przewracaniu oczami.
Łukaszek przechadzając się niegdyś uliczkami Ugorka sądził, że lokalne wulce chcą skraść mu całusa lub serce, ale chodziło im tylko o Spiderland. Na pocieszenie kupiłam mu Freedom Force.
Eklektyzm ustrojowy po przebudzeniu na strychu.
Matti w kostiumie Metanapisu.
Ze Smarties, dwóch łyżek cukru i słoika masła orzechowego (bo nic innego nie uświadczono) powstał mnml, z którym ochoczo pozował do zdjęć Szymon z sekcji rytmicznej znanego zespołu.



